• Wpisów:1625
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 17:16
  • Licznik odwiedzin:765 440 / 3609 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Ostatni dzień matur ustnych. Dziś, o dziwo, świetnie się dogadywałam z tą samą nauczycielką, z którą w środę miałam tyle spięć. Nie wiem, może wczoraj, kiedy egzaminowała ze swoją starszą i bardziej doświadczoną koleżanką ze szkoły, zobaczyła, że rzeczywiście oceniała zbyt surowo? W każdym razie dziś było nieźle.
A klasa bardzo nierówna. Jedna uczennica oblała (i wcale mi jej nie żal, przy nieobecnościach rzędu 400 godzin w semestrze naprawdę nie mogła się spodziewać cudów), sporo było osób w granicach 9-10 punktów, dużo powyżej 20 punktów, za to właściwie nikogo w okolicach 15, czyli 50%.
Jutro z kolei jadę sprawdzać pisemne.
 

 
Matur dzień czwarty. Tym razem w komisji miałam wziętą z łapanki panią z prywatnej szkoły. Która to pani od razu stwierdziła, że ona pytać nie będzie, bo ona trzeci raz w życiu jest na ustnej maturze i nie ma pojęcia, jak prowadzić rozmowę egzaminacyjną. Cóż było robić, rozmawiałam ze wszystkimi zdającymi - całe szczęście grupa była dziś mała, 12 osób, z czego jeden nie przyszedł (ale wice od razu nam o tym powiedziała, chłopak jest poważnie chory, przez większość roku prawie nie chodził, nie był też na żadnej maturze pisemnej). Za to pani była zdecydowanie łagodniejsza w ocenianiu, więc nie zdał tylko jeden uczeń. Ale on nie powiedział właściwie nic, do tego chyba był na kacu, bo ziało od niego przetrawionym alkoholem. Z moich dziś oblała jedna dziewczyna, też w sumie mogło być gorzej. Bilans mam taki - w klasach "typowych" oblało czworo uczniów na 49, co uważam za dobry wynik, w klasie z piekła rodem zdecydowanie gorzej.

Jutro ostatni dzień, z tą samą panią, co wczoraj. 16 osób na liście, może być ciężko.
 

 
To był wyjątkowo trudny dzień matur. Koleżanka z innej szkoły, którą znam od początku nowych matur, pochorowała się, wysłali inną nauczycielkę, nową. Ta się okazała wyjątkowo surowa, kilka razy ustalałyśmy ocenę metodą proceduralną, to jest w wypadku różnicy zdania decyzję podejmuje przewodniczący komisji o uprawnieniach egzaminatora, czyli ja. Dzięki czemu oblała tylko jedna uczennica, ale ona rzeczywiście niewiele powiedziała. W dodatku przyszła dużo spóźniona, dopiero po telefonie od wychowawczyni i upierała się, że ktoś zmienił listy, bo ona na pewno widziała, że ma egzamin w piątek. Co jest niemożliwe.
Niestety, z tą samą kobietą będę jeszcze siedzieć na egzaminie w piątek, a jutro ona będzie egzaminować i oceniać moich uczniów (brr). Z moich dziś nie zdał jeden, co mnie wcale nie zaskoczyło - i ogólnie mogło być gorzej.
 

 
Bilans drugiego dnia matur - niestety, tym razem musiałyśmy oblać jednego zdającego. Po pierwszym zadaniu odmówił odpowiedzi na dalsze pytania, nic się nie dało zrobić. Wczoraj oblał jeden mój uczeń, czego się właściwie spodziewałam, biorąc pod uwagę, że od dwóch lat nie kupił nawet podręcznika (drugoroczny, więc uczę go od dwóch lat). Dziś natomiast w klasie z piekła rodem był pogrom - oblało 5 na 16, prawie 1/3. I choć wiem, że większość z nich solidnie sobie na to zapracowała przez ostatnie lata, i że w klasie z frekwencją sięgającą 60% i coraz niższą z każdym miesiącem nie można się spodziewać cudów, ale i tak jest mi smutno. I obawiam się, co powie dyrekcja.

No dobrze, jeszcze trzy dni przede mną. A na deser coś, co mnie rozbawiło: http://deser.pl/deser/51,111858,15950642.html?i=30
 

 
Krótki bilans pierwszego dnia matur ustnych (i dwutygodniowego maratonu maturalno-rekrutacyjnego w jednym, tak wyszło): na liście 16 uczniów, jedna uczennica w ogóle nie przyszła (koleżanki do niej dzwoniły, powiedziała, że nie przyjdzie), jeden uczeń chyba zapomniał w ogóle, że ma egzamin i wyciągnęli go z domu kumple, bo przyjechał półtorej godziny spóźniony, w dżinsach i kolorowej koszulce. Wszyscy zdali, z czego tylko jedna uczennica ledwo-ledwo, bo na 10 punktów, mieliśmy też dwoje z maksimum. Ale to była najlepsza klasa w szkole, nic dziwnego.

W piątek nie zdała jedna moja uczennica. Ale biorąc pod uwagę, że ocenę dopuszczającą na koniec roku dostała dzięki średniej ważonej 1,9, nie ma w tym nic dziwnego. Ciekawe, jak poszło dzisiejszej grupie, na razie nic nie wiem, bo skończyli sporo po nas.

Oprócz tego zaczęła się rekrutacja, zaczęłam już dostawać pytania od sekretariatu, a poza tym wice poprosiła mnie o przetłumaczenie na język obcy opinii wychowawcy o uczniu. To tak, żebym się przypadkiem nie nudziła.
 

 
Dziś mam wolne w pracy - w poniedziałki miałam trzy godziny z maturzystami i jedną z klasą trzecią. Maturzyści już skończyli rok szkolny, klasy trzecie mają praktyki, więc mam wolne. Ale żeby nie było tak miło, zadzwoniła wice. Że koleżanka zwichnęła nogę, ma zwolnienie do 19 maja, i czy w związku z tym zgodzę się wziąć piąty dzień matur ustnych. Zgodziłam się i w efekcie egzaminuję absolutnie wszystkich uczniów, których mogę, czyli których nie uczyłam w tym roku.
 

 
Wywiesiłam listę dyżurów przy rekrutacji, na razie wielu uwag nie było, mam nadzieję, że tak pozostanie. Poza tym zamknęłam etap wprowadzania opisu szkoły do systemu - po czym dostałam telefon z sekretariatu, że właśnie otworzyli go z powrotem i mam zmienić liczbę uczniów w klasach. Główna była święcie przekonana, że mamy limit 32 uczniów w klasie, tymczasem mamy standardowy dla techników - czyli 30. W ciągu dwóch minut odkręciłam całą aferę.

Dziś było też zakończenie klas maturalnych. Dostałam parę róż, a od klasy z piekła rodem - butelkę wina. Niezłego. W ładnej torebce. W sumie nawet się nie zdziwiłam, to do nich pasuje. Podziękowałam i powiedziałam, że praca z nimi była ciekawa i na pewno szybko ich nie zapomnę.
 

 
Kilka krótkich wieści z frontu - za chwilę znów będę najbardziej znienawidzonym nauczycielem w szkole - innymi słowy, wice kazała przygotować listę dyżurów podczas rekrutacji.

Poza tym główna złapała mnie na korytarzu, że ma do mnie wielką, ogromną prośbę. W mojej głowie rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. I nie bez powodu - chce, żebym od przyszłego roku wzięła wychowawstwo klasy pierwszej. Nie mogłam odmówić, bo miałam długą przerwę, ale jestem przerażona. Nawet nie uczniami, tylko ich rodzicami.
 

 
Dziś był za to dzień warty wpisu - pierwszy dzień wiosny. I dzień bezsensu w pracy. Na pierwszej lekcji nie miałam oczywiście nikogo, bo klasa z piekła rodem, później okienko. Jedyną lekcją była godzina trzecia, bo przyszło pięcioro uczniów (mieli dodatkowe powtórzenie przed sprawdzianem), ale już druga grupa tej klasy się nie pojawiła. Klasa druga co prawda przyszła na trzy godziny przedmiotów zawodowych w liczbie 6 uczniów, ale przed moją lekcją wszyscy uciekli. I tak było we wszystkich klasach. Nic dziwnego, pogoda prześliczna.
 

 
Chyba zawieszę blog na jakiś czas. Właściwie nie mam powodu, żeby pisać. Mijają kolejne dni, nawet klasa z piekła rodem nie jest już tak bardzo z piekła rodem (doszłam zresztą do wniosku, że w porównaniu z poprzednią klasą, którą obdarzyłam tym mianem, są o wiele sympatyczniejsi i przynajmniej nie złośliwi czy wyrachowani), dyrekcja też w porządku. Może odezwę się przy okazji rekrutacji albo jeśli pojawią się jakieś kwiatki (dosłownie i w przenośni).
 

 
To był długi dzień. Cztery lekcje przebiegły szybko, ale później była jeszcze rada pedagogiczna (omówienie zagrożeń w klasach maturalnych) i dzień otwarty. Odwiedziła mnie jedna matka ucznia z klasy z piekła rodem - ta sama, co zawsze. Poza tym nikt, czyli półtorej godziny przesiedzieliśmy bez sensu. Lista pojawiła się wyjątkowo punktualnie, o 19, rodziców żadnych do mnie nie było, pojechałam do domu.
 

 
Zrobiłam dziś coś dla siebie nietypowego - poszłam do szkolnej pedagog, żeby powiedzieć jej, że niepokoi mnie strój i makijaż jednej z uczennic. Owszem, nasze uczennice się malują i noszą różne dziwne rzeczy, ale tu zaniepokoił mnie całokształt. Zupełnie zwyczajna osiemnastolatka nagle zaczęła chodzić do szkoły w makijażu, stroju i biżuterii bardziej pasującej na wieczorne wyjście, a do tego zaczęła również dużo opuszczać i docierać do szkoły na 11-12 (choć podobno jej koleżanka dzwoni do niej rano, żeby wyciągnąć ją z łóżka). Wszystko to razem bardzo mi się nie podoba. A od pedagog usłyszałam, że zajmie się tą sprawą, bo podobno mam niezwykłą intuicję i wyczucie, jeśli chodzi o uczniów. Cóż, mam nadzieję, że tym razem jej nie mam i cała sprawa jest banalna, a ja mam paranoję.
 

 
I kolejny sympatyczny poniedziałek głównie z klasami maturalnymi, które przychodziły prawie w komplecie i chciało się im pracować. Nic dziwnego, do piątku mam im wystawić oceny proponowane - choć powtarzam, że mają się do nich nie przywiązywać, bo po drodze będą mieli jeszcze jedną pracę na lekcji lub pracę domową i jeden sprawdzian. Ale skoro dyrekcja sobie życzy, trzeba będzie je wystawić.
 

 
To był dziwny dzień. Klasa maturalna wyszła na wycieczkę, więc dostałam zastępstwo. Za koleżankę, która uczy tego samego języka, w klasie, której nie znam. Wczoraj dowiedzieli się, że mają przynieść normalnie podręczniki i dziś rzeczywiście je mieli. Z grupą bardziej zaawansowaną przeprowadziłam bardzo ciekawą i udaną lekcję, z grupą mniej zaawansowaną pracowało mi się trudniej, ale też całkiem nieźle - aż wpisałam pochwałę na końcu dziennika. Ponieważ to zastępstwo "zamiast", bezpłatne, teoretycznie mogłam nie realizować żadnego tematu. Ale że koleżanka i tak ma zaległości w realizacji programu, bo ostatnio chorowała, stwierdziłam, że w ten sposób jej pomogę.

Przyszła informacja o szkoleniu z systemu rekrutacyjnego - będzie 2 kwietnia. A poza tym przyszedł też kuratoryjny harmonogram rekrutacji. Komuś padło na łeb. Jeśli system będzie się mulił tak, jak mulił się w ubiegłym roku (oby nie), nie ma szans, żebyśmy dotrzymali terminów. Muszę porozmawiać o wszystkim z wice.
 

 
Dziś klasa trzecia pojawiła się w szkole już nieco liczniej. "Nieco", co oznacza, że w sumie z obu grup było ich dwie trzecie całego składu. Ich wychowawczyni chodzi wściekła, bo mieli jechać na targi branżowe do Poznania, ale ostatecznie nie zebrali pieniędzy na autokar i w ogóle nagle stwierdzili, że wcale im się nie chce i po co to wszystko. Na co wychowawczyni stwierdziła, że w takim wypadku żadnych wycieczek do końca klasy maturalnej.

Za to moja klasa maturalna zaskoczyła mnie pozytywnie. Dziś znów byli prawie wszyscy, a nawet na ostatnią godzinę lekcyjną przyszła większość. I chciało im się pracować. Może jednak się obudzili i zorientowali, że matura już wkrótce?
 

 
Pierwsze dwa dni po feriach były dla mnie wręcz zaskoczeniem - uczniowie zmobilizowani, klasy prawie w komplecie. Dziś już nie było tak dobrze. Na zajęciach dodatkowych, na które zapowiadały się tłumy, miałam troje uczniów. I tak nieźle. Później moja grupa klasy trzeciej stawiła się w połowie, ale kilka minut po rozpoczęciu lekcji zajrzała do mnie koleżanka, która uczy drugą grupę, bo u niej nie było nikogo. Kiedy skończyłam lekcję, pod salą czekał jeden uczeń z drugiej grupy. Po chwili podszedł do mnie (miałam dyżur na korytarzu) i grzecznie powiedział, że jednak sobie idzie, bo nie chce być sam. Ostatecznie przyszedł jego kolega z grupy, zamiast tematu zrobiłam z nim indywidualne powtórzenie przed sprawdzianem. A że zagadnienia były dość trudne, w tym mowa zależna, mam nadzieję, że coś na tym skorzystał.

W przyszłą środę mamy nadzwyczajną radę pedagogiczną. Zaraz po moich lekcjach. Mam nadzieję, że nie dostanę zastępstwa na dwugodzinnym okienku. Co prawda i tak nie wyjdę na obiad (12 to dla mnie zdecydowanie za wcześnie), ale może chociaż zjem większe drugie śniadanie na ciepło.

Dyrekcja zaangażowała się w akcję zbiórki podpisów za postawieniem sygnalizacji świetlnej na wyjątkowo niebezpiecznym przejściu w okolicy. Jestem jak najbardziej za, sama zawsze się boję, kiedy tamtędy przechodzę w drodze na przystanek.
 

 
I po feriach. Rozpoczynanie tygodnia od czterech lekcji z miłymi klasami ma naprawdę sporo zalet, pod warunkiem, że w dany poniedziałek nie ma żadnej rady pedagogicznej ani dnia otwartego. Dziś nie było, wobec czego nawet jeśli przyszłam do pracy nieco niewyspana, nie zdążyłam się jeszcze zmęczyć.

A uczniowie tym razem dopisali, na lekcje przyszła większość i nawet chciało im się pracować. Może dlatego, że maturzystom uświadomiłam, iż zostało im już właściwie tylko 6-7 tygodni do końca, a klasie trzeciej - że tyle samo czasu dzieli ich od praktyk, a później będzie już z górki.
 

 
Piątki są zawsze męczące, a szczególnie przy takiej liczbie godzin, jaką mam tygodniowo.
Oczywiście, wszyscy są przekonani, że nauczyciel ma pensum 18 godzin i już - ale jeśli dyrekcja ma problemy ze znalezieniem nauczyciela jakiegoś przedmiotu i powstaje wakat, to obdziela tymi godzinami wszystkich nauczycieli. W taki sposób niektórzy w naszej szkole mają i po 30 godzin. Ja zaledwie 28, w tym fakultety dla maturzystów.
Tak czy inaczej, w piątek na ostatnich godzinach jestem już na skraju wytrzymałości, uczniowie zresztą też, i jak jedna osoba dostanie głupawki (tak jak dzisiaj), to jest już z górki.
Jak ja bym chciała mieć te 18 godzin i święty spokój, nawet za mniejsze pieniądze. Ale wtedy dyrekcja musiałaby zatrudnić czwartego nauczyciela naszego przedmiotu, a z tym będzie problem.
Muszę się wybrać na rozmowę do dyrekcji i zapytać, jakie ma wobec mnie plany na nowy rok szkolny - czytaj, ile godzin. Cały problem w tym, że ogólnie staram się unikać kontaktów z dyrekcją główną i załatwiać wszystko przez wice - ale tego się nie da.
  • awatar Gość: Niestety, na razie jestem na studiach nauczycielskich. Ale myślę nad dorobieniem sobie dwóch lat na germanistyce, żeby móc zostać tłumaczem :) Dziękuję za odpowiedź :)
  • awatar Wredna Belfrzyca: Po germanistyce nie musisz od razu zostać nauczycielem. Tłumacze też są bardzo potrzebni i mają sporo zleceń.
  • awatar Gość: ojej! na prawdę ktoś potrzebuje nauczycieli języka niemieckiego? :) jestem na pierwszym roku studiów i juz zostałam zbombardowana informacjami, że to język bez przyszłości. Ten komentarz podniósł mnie na duchu :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Dziś znów zajęcia z niewyżytymi seksualnie nastolatkami. Co prawda najbardziej nieznośnego ucznia nie było, ale jego koledzy robili wszystko, by godnie go zastąpić. Poza tym zaczęłam się zastanawiać, co jest gorsze - prowadzenie lekcji z klasą inteligentną, ale wredną, czy z miłą, ale ograniczoną. Obie są wyczerpujące, a każda na swój sposób.
Oczywiście, najgorzej jest z klasą chamską i mało zdolną, ale takich w tym roku mi oszczędzono.
A na deser zdjęcia hippeastrum, które właśnie mi zakwitło (a dwa następne jeszcze czekają w kolejce). Dla wyjaśnienia - hodowanie i fotografowanie kwiatów to moje hobby, które pozwala mi się odstresować po lekcjach.
  • awatar Wredna Belfrzyca: W każdej grupie, nawet tej najbardziej irytującej, zawsze znajdą się choć dwie osoby, dla których warto pracować. A czasem jest ich większość, i wtedy jest super.
  • awatar Pięść Słowa: Mam nadzieję, że jest przynajmniej kilka osób,m które sprawiają, że jednak czerpiesz jakąś radość z pracy. Czasami trafi się, wybacz wyrażenie, takie bydło, że ręce opadają. "Nieuporządkowanie" i nadmiar energii to jedno, a bezczelność i brak szacunku to drugie. I mówię to z pozycji osoby, która jeszcze nie tak dawno zasiadała w ławce. Nauczyciel to taka instytucja, która będzie się cieszyć moim dozgonnym szacunkiem. Stąd to "Pani"...
  • awatar Wredna Belfrzyca: Oczywiście, że miałam. A czasem nawet i udusić (ale to raczej w klasach, które już odeszły). Ale panowanie nad sobą to podstawa w zawodzie nauczyciela. Generalnie ograniczam się do złośliwych komentarzy, choć z tym też trzeba uważać, żeby nikogo nie obrazić. I oczywiście, możesz zwracać się do mnie per "Ty". Czułabym się dziwnie, gdyby ktoś w internecie pisał mi per "Pani".
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Naprawdę nie wiem, jak ich pilnowali na tych maturach próbnych. Kończyłam dzisiaj sprawdzanie, i zaskoczyło mnie, że jeden ze słabszych uczniów osiągnął wynik ponad 70%. Porównałam z innymi pracami i okazało się, że ma te same błędy, co jego zdecydowanie lepszy kolega z klasy. Co więcej, chyba korzystał z przecieków, gdyż krótki tekst użytkowy miał wręcz idealny - pewnie wykuł się na pamięć. Już ja z nim porozmawiam.
Bardzo trudno wytłumaczyć uczniom, że matura próbna jest dla nich i nie będę wyciągać konsekwencji, jeśli pójdzie coś nie tak, a dzięki niej mogą zobaczyć, co idzie im już dobrze, a co muszą jeszcze poćwiczyć. Ale to jak mówienie do obrazu.
  • awatar Wredna Belfrzyca: Ja rozumiem, że na maturze robi się wszystko, byle tylko zaliczyć, co czasem wychodzi bokiem (zwłaszcza od czasu, kiedy wprowadzono różne wersje zestawów). Ale to przecież była matura próbna. Przeprowadzona głównie po to, by uczniowie oswoili się z formułą egzaminu i zobaczyli, co umieją, a czego jeszcze nie. Co do ściągania - jestem ogromną zwolenniczką _pisania_ ściągawek - to pozwala usystematyzować wiedzę, wybrać to, co najważniejsze, niektórym czynność przepisywania pozwala się lepiej uczyć. Co innego korzystanie.
  • awatar evicaa: tak pani profesor ciężkie jest życie nauczyciela a jeszcze cięższe ucznia ...ja mogę się poszczycić zupełna nieumiejętnością ściągania i na maturze z własnej woli siadłam w pierwszej ławce :P ale co tam jak ktoś chce ściągnąć to i tak to zrobi i się tego nie upilnuje ...trzeba przestać z tym walczyć :D trochę serca dla przerażonych maturzystów :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Rekolekcji dzień drugi. Tym razem miałam zaprowadzić jedną z klas do kościoła. Tyle tylko, że uczniowie z tej klasy albo w ogóle nie przyszli do szkoły, albo po lekcjach poszli do domu. A w kościele pustki. Początkowo spodziewałam się, że na rekolekcjach będzie około 100 uczniów. Byłam nadmierną optymistką - dziś było ich maksymalnie 50. Podobno wczoraj ksiądz rekolekcjonista wygłosił bardzo erudycyjne kazanie, raczej niezrozumiałe dla młodszych klas. Może to dlatego. A może po prostu pogoda jest za ładna?
 

 
W szkole trwają rekolekcje. Polega to na tym, że uczniowie mają pierwszych kilka lekcji, a następnie pod opieką nauczyciela idą do kościoła. Albo nie. W poniedziałki zaczynam lekcje już po rozpoczęciu rekolekcji, ale na wszelki wypadek poszłam do szkoły, nawet trochę wcześniej niż zwykle. Co prawda na mój widok wicedyrektorka wykrzyknęła "A co ty tutaj robisz?", ale jestem pewna, że gdybym nie przyszła do szkoły, byłabym akurat do czegoś potrzebna i dyrekcja następnego dnia wezwałaby mnie na dywanik za niestawienie się do pracy.
A tak wzięłam swoje matury próbne, powiedziałam w pokoju nauczycielskim, gdzie będę, a następnie zamknęłam się w jednej z sal i zaczęłam sprawdzać. Sprawdziłam prace jednej z dwóch moich grup, a po godzinie pojechałam do domu. Co prawda dojazd zajął mi w sumie dłużej niż samo siedzenie w szkole, ale przy okazji oddałam buty do szewca, a poza tym pogoda taka ładna, że miałam przyjemny spacer.
I nie miałam dziś żadnego kontaktu z uczniami - to też zaleta.
 

 
Podobno matury próbne wyciekły przez niefrasobliwość dyrektorów niektórych szkół. CKE wydało kilkaset tysięcy na całą imprezę, a teraz w niektórych szkołach nauczyciele stwierdzili, że nie ma sensu sprawdzać.
Ja swoje i tak sprawdzę - nawet jeśli uczniowie wiedzieli, jakie będą tematy tekstów użytkowych, co najwyżej nauczyli się paru słówek i wyrażeń, a gramatyka i tak pewnie leży.
Poza tym, mam ich około 20 sztuk, to nie zajmie za dużo czasu. I nie będę czuła, że go marnuję, nawet jeśli uczniowie zetknęli się z przeciekami.
  • awatar achajka: Jakie właściwie były założenia nowej matury ustnej z polskiego? Niby, że miała uczyć samodzielności, pracy z tekstami literackimi i w ogóle obycia w poszukiwaniu źródeł. I co? Sama piszę tylko jedną, grzecznościowo, przy bliskiej współpracy ucznia. Moje koleżanki ze studiów piszą po trzy, cztery, pięć. Uczniowie nauczą się więc samodzielności - w poszukiwaniu chętnych do zarobku oraz pertraktacji podczas ustalania ceny usługi. Życiowo przydatne umiejętności. Tak się dzielę spostrzeżeniem. Pozdrawiam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›